Tajemniczy list z wołaniem o pomoc

Opuszczony domek na obrzeżach Warszawy wyglądał jak setki innych zapomnianych miejsc. Odwiedziłem go kilka lat temu, zniszczone wnętrze, odpadający tynk i ślady wilgoci nie wyróżniały go na tle innych pustostanów. Dopiero stary list znaleziony wśród porozrzucanych fotografii pokazał, że to nie był zwykły budynek, lecz miejsce, w którym ktoś przez lata żył w strachu i poczuciu bezradności. Kilka chaotycznych zdań zapisanych drżącą ręką stało się jedynym śladem po kobiecie, która bała się, że nie dożyje następnego dnia.

Ten niewielki domek stał na obrzeżach Warszawy, w jego wnętrzu znajdowały się przedmioty po byłych właścicielach. Kalendarz wiszący na ścianie wskazywał datę 8 września 2002 r., najwyraźniej dom został opuszczony właśnie tym czasie. Tynk odpadał ze ścian całymi płatami, a jego fragmenty leżały rozsypane na kuchennym stole, wszechobecna pleśń pokrywała meble, futryny, belki stropowe i wszystkie drewniane elementy wnętrza.

Na podłodze i w szufladach leżały stare, pożółkłe fotografie. Przedstawiały ludzi, których historii nikt już nie pamięta.

Wśród tych rzeczy znalazłem też jeden stary list. Mimo upływu lat to właśnie on najbardziej mnie zainteresował. Był pisany odręcznie, ale nie wszystkie słowa dało się odczytać. Udało mi się jednak w miarę go rozszyfrować i tak brzmiała jego treść:

„Dziś w nocy 9.1.1988 r. o godz. 12:30 zostałam tak zatruta okropnie cuchnącym proszkiem przez sąsiadów z lokali nie zamieszkujących obok mnie i nie nade mną proszek ten powoduje powolną utratę przytomności, ale zdążyłam jeszcze podnieść się i otworzyć okno, bo inaczej bym się zadusiła, obiecali mnie wykończyć, bo nie mogą zabrać mojej lodówki, ponieważ to jest objęte ustawą państwa, mimo kilkunastokrotnych pism otrzymywali odpowiedź odmowną i dopiero po mojej śmierci będą mogli ją wziąć, więc robią wszystko, żeby mnie wykończyć, czy jeszcze jutro będę żyła, nie wiem?. Proszę o pomoc M.O”. (Tu najprawdopodobniej chodzi o Milicję Obywatelską, która w tamtych czasach funkcjonowała)

List urywał się w tym miejscu… jak go przeczytałem, od razu rozejrzałem się po kuchni, lodówki już tam nie było. Wszystko wskazywało na to, że ktoś w końcu dopiął swego. Nie jest też do końca pewne, czy list został napisany przez inną osobę i jedynie trafił do tego domu, czy też stworzyła go sama właścicielka i nigdy go nie wysłała, prawdy zapewne już nie poznamy.

Chciałbym w tym miejscu podziękować osobom, które mnie wspierają za pośrednictwem Wirtualnej kawki.  Dzięki Wam i waszym drobnym wpłatom, powstają takie fotorelacje! Od kilkunastu lat staram się odwiedzać i fotografować miejsca mniej znane i opuszczone. Jeżeli ktoś chciałby dołożyć cegiełkę do moich podróży i wesprzeć mnie w tym co robię, zapraszam do postawienia mi >Wirtualnej Kawki<. Wszystkie zebrane kwoty przeznaczam na paliwo, dzięki temu mam możliwość realizowania swoich dalszych podróży.

Moją pasją są podróże i fotografowanie miejsc mniej znanych, zapomnianych, niedostępnych i opuszczonych. Staram się wyszukiwać miejsca, według mnie warte uwagi, mające swój klimat i urok. Myślę, że stworzyła się wokół tego co robię jakaś mała, fajna społeczność. Nigdy nie myślałem, że to zrobię, ale doszedłem do wniosku, że stworzę swój Patronite. Wspierając mnie na nim, sprawisz, że będę mógł rozwinąć mojego bloga, wyjeżdżać częściej i dalej i z tego tworzyć fajne relacje. W ten sposób także Wam podpowiadać jakieś ciekawe miejsce na wyprawy. Kto wie, może to kiedyś przerodzi się w moją jedyną pracę… Bardzo dziękuję Krzysztofowi, Kamili, Andrzejowi, Patrycji, Tadeuszowi, Pawłowi, Karolinie, Magdalenie, Małgorzacie, Władysławowi, Alexowi i Magdzie, którzy wsparli moje działania i zostali moimi pierwszymi patronami.

Dodaj komentarz