Z daleka wygląda jak zwykły wrak pozostawiony przez czas i wodę. Przechylony kadłub od lat tkwi na mieliźnie jeziora Dąbie, przyciągając ciekawskich spacerowiczów i rowerzystów. Dopiero gdy pozna się jego historię, okazuje się, że nie jest to jedynie opuszczony statek. To pozostałość po marzeniu człowieka, który chciał ratować Bałtyk, a w jego realizację zainwestował cały swój dorobek. Dziś po tych planach pozostał jedynie wrak i historia, o której warto pamiętać.
Wracając ze Szczecina do Gdańska, postanowiłem po drodze zobaczyć coś ciekawego i nietypowego. Przeglądając mapę w telefonie, natrafiłem na lokalizację wraku statku znajdującego się przy brzegu jeziora Dąbie. Kiedy zajrzałem do opinii, przeczytałem, że przy wyższym stanie wody dotarcie do wraku bywa utrudnione, a czasem wręcz niemożliwe. Pomyślałem jednak, że warto sprawdzić to osobiście. Po dotarciu na miejsce okazało się, że suchą stopą można dojść do wraku wąską ścieżką prowadzącą pomiędzy wysokimi trzcinami. Przy burcie wisiała opona przymocowana na linie, po której najwyraźniej wspinało się już wiele osób. Ja również postanowiłem wejść na pokład.

Uwielbiam takie klimaty, więc dokładnie zwiedziłem cały wrak, po czym ruszyłem w dalszą drogę do domu. Kiedy już wróciłem, z czystej ciekawości postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej o historii tego statku. Jak się okazało, kryje się za nim całkiem ciekawa historia.
Jacek Kwiatkowski
Jacek Kwiatkowski urodził się w Gdyni. Był marynarzem, a w czasach PRL zdobył uprawnienia radiotelegrafisty. Przez wiele lat pracy na morzu obserwował postępującą degradację oceanów i środowiska morskiego. Widząc skalę zanieczyszczeń oraz ich wpływ na ekosystemy, postanowił poświęcić się działalności na rzecz edukacji ekologicznej.
W lokalnej społeczności był znany jako pasjonat ekologii i ochrony mórz. Wierzył, że kluczem do zmian jest edukacja, dlatego angażował się w inicjatywy mające zwiększać świadomość ekologiczną, szczególnie wśród młodzieży. Pan Jacek sprzedał swoje mieszkanie w Szczecinie i wszystkie oszczędności przeznaczył na budowę dwóch jednostek pływających. Pierwszą była platforma edukacyjna z salą wykładową mogącą pomieścić około stu słuchaczy. Drugą, statek pełniący funkcję laboratorium ekologicznego, który jednocześnie stał się jego domem.
W 2009 r. zacumował oba statki w porcie żeglarskim w Lubczynie, prosząc o możliwość bezpłatnego postoju ze względu na niekomercyjny charakter prowadzonej działalności edukacyjnej. Planował prowadzić badania i doświadczenia związane ze stanem wód Bałtyku.
W 2010 r., mimo deklaracji regularnego opłacania postoju swoich jednostek, został zobowiązany do opuszczenia portu. Po kilku dniach nieobecności wrócił na miejsce i odkrył, że jego statki zniknęły. Jego platforma dryfowała po jeziorze, którą udało się ściągnąć do brzegu w Dąbiu. Statek jednak przez wiatr został zepchnięty na mieliznę jeziora i został z czasem rozszabrowany przez złodziei. Według pana Jacka statki zostały celowo wyholowane i puszczone wolno z powodu zaległości w opłatach, a wiatr miał następnie zepchnąć je na mieliznę. Istnieje również wersja wydarzeń, według której cumy zerwały się samoistnie, a statki zostały porwane przez wiatr i same wypłynęły na środek jeziora.


„To był mój dom, statek 28 m długości, w którym mieszkałem. Był zacumowany w basenie gościnnym portu żeglarskiego w Lubczynie nad jeziorem Dąbie. Opuściłem statek, aby uzyskać od inspektoratu pozwolenie na przeholowanie statku do Szczecina. Po krótkiej nieobecności wróciłem i zobaczyłem, że statku w porcie nie ma” — fragment pamiętnika twórcy akcji „Ratujmy Bałtyk” Jacka Kwiatkowskiego.


Pana Jacka nie było stać na wyholowanie statku z mielizny. Właściciel orientował się w kosztach operacji ściągnięcia statku z mielizny. Według szacunków z 2011 r. godzina pracy jednego holownika kosztowała około 500 zł, a cała akcja mogła potrwać nawet kilkadziesiąt godzin.


Niespełnione marzenie
Marzenie pana Jacka o przywróceniu statku do dawnej świetności nigdy się nie spełniło. Mimo wielu planów i podejmowanych starań nie udało się doprowadzić do realizacji zamierzeń związanych z jednostką. Z biegiem lat stan statku ulegał dalszemu pogorszeniu, a perspektywy jego uratowania stawały się coraz mniej realne. Pan Jacek zmarł w 2018 r., nie doczekawszy spełnienia swojego celu i zakończenia wieloletnich starań o ocalenie statku.



Wrak statku obecnie
Obecnie wrak statku spoczywa lekko przechylony na mieliźnie jeziora Dąbie. Widać go doskonale ze ścieżki rowerowej biegnącej wzdłuż brzegu, dlatego stał się charakterystycznym elementem lokalnego krajobrazu. Często zatrzymują się przy nim rowerzyści, spacerowicze oraz miłośnicy fotografii, aby zrobić pamiątkowe zdjęcia i przyjrzeć się z bliska pozostałościom dawnej jednostki. Dla wielu osób wrak jest ciekawostką i niecodzienną atrakcją, przypominającą o historii żeglugi na jeziorze Dąbie. Z upływem lat statek coraz bardziej wtapia się w otaczającą przyrodę, stając się jednocześnie świadectwem niespełnionych planów i zmieniających się losów tego miejsca.

Chciałbym w tym miejscu podziękować osobom, które mnie wspierają za pośrednictwem Wirtualnej kawki. Dzięki Wam i waszym drobnym wpłatom, powstają takie fotorelacje! Od kilkunastu lat staram się odwiedzać i fotografować miejsca mniej znane i opuszczone. Jeżeli ktoś chciałby dołożyć cegiełkę do moich podróży i wesprzeć mnie w tym co robię, zapraszam do postawienia mi >Wirtualnej Kawki<. Wszystkie zebrane kwoty przeznaczam na paliwo, dzięki temu mam możliwość realizowania swoich dalszych podróży.





