Ciekawe odkrycie w opuszczonym domu

Są obiekty, które na pierwszy rzut oka nie zapowiadają niczego wyjątkowego. Ot, kolejny opuszczony dom, wilgoć na ścianach, zapach stęchlizny i porozrzucane przedmioty. Wchodząc do takich wnętrz, człowiek spodziewa się jedynie powtórki znanego schematu, śladów dawnego życia, zniszczeń i pustki. Jednak w tym domu zaskoczyło mnie coś zupełnie nieoczekiwanego. W jednym z pokoi, wśród śmieci, starych papierów i kartonów, stało coś, czego w życiu bym się tu nie spodziewał.

W swoim życiu odwiedziłem już wiele zniszczonych i opuszczonych domów. Jedne były w naprawdę tragicznym stanie, z zapadniętymi dachami, wybitymi oknami i śladami wilgoci na każdej ścianie, inne trzymały się jeszcze jako tako, jakby wciąż próbowały stawić opór upływowi czasu. Praktycznie w każdym z tych miejsc można było natknąć się na pozostałości po dawnych mieszkańcach. Stare meble pokryte kurzem, porozrzucane ubrania, pożółkłe fotografie, czy drobne przedmioty codziennego użytku, które kiedyś miały dla kogoś jakieś znaczenie.

*Dla zainteresowanych, założyłem sobie nowe konto na Instagramie, gdzie publikuje różne relacje z miejsc, które odwiedzam.

Ten konkretny obiekt także na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był już także mocno splądrowany, jak to już bywa w opuszczonych budynkach. Wszędzie panowała wilgoć, a na starych meblach pojawiła się pleśń. Widać było, że przewinęło się przez niego wiele osób, wartościowe rzeczy zniknęły bez śladu, a inne leżały porozrzucane dosłownie wszędzie. Mimo tego wciąż było tu mnóstwo śladów życia byłych właścicieli.

Gdy wszedłem na górę po schodach, na strychu znajdowało się mnóstwo butelek i słoików leżących na ziemi, niektóre wciąż wypełnione sczerniałymi, dawno zepsutymi przetworami, inne całkiem puste, popękane lub bez pokrywek. Na ziemi także siedziała stara lalka, która nie wyglądała za sympatycznie.

Jednak w tym domu zaskoczyło mnie coś zupełnie nieoczekiwanego. W jednym z pokoi, wśród śmieci, starych papierów i kartonów, stał stary fortepian. Co więcej, był on w całkiem niezłym stanie, widniał na nim napis „Małecki”. Nie rozbity, nie zdewastowany, jakby przez lata ktoś celowo go oszczędzał. Tego typu znaleziska w takich miejscach to prawdziwa rzadkość. Trudno było oderwać od niego wzrok i nie myśleć o tym, ile melodii musiało tu kiedyś wybrzmieć. Aż żal patrzeć, jak teraz stoi samotnie, zapomniany, powoli niszczejąc w miejscu, które zostało opuszczone.

Najprawdopodobniej ten instrument pozostaje w tym miejscu przez cały czas tylko dlatego, że jego rozmiar i waga najwyraźniej nie pozwoliły nikomu na jego wyniesienie. Gdyby był mniejszy lub lżejszy, zapewne dawno podzieliłby los innych przedmiotów, znikając bez śladu razem z resztą szabrowanego wyposażenia.

Gdy przyjechałem do domu, zacząłem szukać informacji na temat tego fortepianu. Jak się dowiedziałem, fortepiany Małecki to historyczna warszawska marka działająca od 1860 r. przez firmę Juliana Małeckiego, później zarządzaną przez jego syna Stanisława, która działała do II wojny światowej. Produkowała pianina i fortepiany, znane dziś głównie jako instrumenty kolekcjonerskie i antyki, często wymagające renowacji. Warto tu dodać, że Julian Małecki był założycielem jednej z czołowych polskich fabryk fortepianów.

To niesamowite, że taki egzemplarz znalazł się właśnie w tym zapomnianym domu. W takich miejscach człowiek raczej spodziewa się pustych pomieszczeń i resztek po dawnym wyposażeniu, a nie instrumentu, który kiedyś musiał być czymś naprawdę ważnym dla mieszkańców. Pewnie niejedna osoba zapyta w tym momencie, czy dałoby się jeszcze coś zrobić z tym fortepianem, uratować go, odnowić albo chociaż przenieść w bezpieczne miejsce.

Niestety dziś nie mam już pojęcia, jaki jest aktualny stan budynku ani samego instrumentu. Kiedy tam byłem, fortepian wciąż stał na swoim miejscu, ale od tamtej pory minęło sporo czasu. Odwiedziłem to miejsce dokładnie w grudniu 2017 r., czyli osiem lat temu, więc przez ten czas wszystko mogło się zmienić.

Chciałbym w tym miejscu podziękować osobom, które mnie wspierają za pośrednictwem Wirtualnej kawki.  Dzięki Wam i waszym drobnym wpłatom, powstają takie fotorelacje! Od kilkunastu lat staram się odwiedzać i fotografować miejsca mniej znane i opuszczone. Jeżeli ktoś chciałby dołożyć cegiełkę do moich podróży i wesprzeć mnie w tym co robię, zapraszam do postawienia mi >Wirtualnej Kawki<. Wszystkie zebrane kwoty przeznaczam na paliwo, dzięki temu mam możliwość realizowania swoich dalszych podróży.

Moją pasją są podróże i fotografowanie miejsc mniej znanych, zapomnianych, niedostępnych i opuszczonych. Staram się wyszukiwać miejsca, według mnie warte uwagi, mające swój klimat i urok. Myślę, że stworzyła się wokół tego co robię jakaś mała, fajna społeczność. Nigdy nie myślałem, że to zrobię, ale doszedłem do wniosku, że stworzę swój Patronite. Wspierając mnie na nim, sprawisz, że będę mógł rozwinąć mojego bloga, wyjeżdżać częściej i dalej i z tego tworzyć fajne relacje. W ten sposób także Wam podpowiadać jakieś ciekawe miejsce na wyprawy. Kto wie, może to kiedyś przerodzi się w moją jedyną pracę… Bardzo dziękuję Krzysztofowi, Kamili, Andrzejowi, Patrycji, Tadeuszowi, Pawłowi, Karolinie, Magdalenie, Małgorzacie, Władysławowi, Alexowi i Magdzie, którzy wsparli moje działania i zostali moimi pierwszymi patronami.

Dodaj komentarz